Cześć i czołem.
Nigdy nie sądziłem, że będę odgrzewać te stare kotlety. Nie przypuszczałem nawet, że mogę tutaj wrócić. Tyle się zmieniło od mojego ostatniego wpisu... naprawdę sporej wielkości kamień milowy mojego życia. Blisko cztery lata! Czy były udane? Ciężko określić. Z pewnością niosły ze sobą masę nowych doświadczeń, zmian zawodowych, trochę podróży, odwagi, samodzielności... i oczywiście życie niosło rykoszetem masę przyziemnych problemów...
Jak to w życiu, nauczyłem się dorosłości. Dojrzałem emocjonalnie i światopoglądowo. Odkryłem swoje cele, pragnienia. Wiem, do czego dążę. Mój świat się zmienia dynamicznie, z dnia na dzień. Już nie muszę udawać, że jestem kimś innym, w końcu jestem sobą. Dorosłym, dojrzałym, samotnym ale nieszczęśliwym człowiekiem z marzeniami...
Nie chcę szczegółowo rozpisywać historii tych czterech lat. W każdym razie kilka dni po napisaniu ostatniego posta na ponad trzy lata związałem się z kimś, potem przez kilka miesięcy błądziliśmy wspólnie po Krakowie, Bielsku, Oświęcimiu... byliśmy szczęśliwi. Znalazłem sobie pracę, założyłem własną działalność. Podjąłem kilka odważnych i ryzykownych decyzji. Szczęśliwie - opłaciło się. Wspólnie zwiedzaliśmy różne miejsca, wcześniej nieznane i nieodkryte przeze mnie. Popełniłem też kilka dużych zawodowych błędów, których niesmak ciągnie się za mną do dziś. Jednak zawsze przez ten czas miałem do kogo otworzyć buzię, poskarżyć się, przytulić. Jeśli macie taką osobę, z którą możecie porozmawiać o każdej porze dnia i nocy - podziękujcie jej za to. I doceńcie, że jest obok was. To jest w życiu naprawdę ważne.
W zeszłym roku pierwszy raz byłem na porządnych, zasłużonych i długo wyczekiwanych wakacjach. Spędziliśmy dwa tygodnie na Teneryfie, zwiedzając, śmiejąc się i beztrosko spędzając czas. To wszystko jednak jebło, skończyło się. Mieliście kiedyś takie wrażenie, że jesteście z kimś, ale zupełnie nic już Was nie łączy? Ta relacja taka była. Ciągły ogień, zarzuty, kłótnie. Powiedziałem dość. Skończyło się szybko i bezboleśnie. I bez "zostańmy przyjaciółmi". Powiem Wam, że ja bym tak nie potrafił. Odciąć się w 100% od kogoś, z kim spędziłem prawie cztery lata swojego życia. Ale cóż, ja to nie on :-).
A dziś? Siedzę, nie potrafiąc zebrać myśli i spraw do kupy. Pojawiły się różne problemy zdrowotne - oczywiście w najmniej oczekiwanym i pożądanym momencie. Jestem między młotem a kowadłem. Pustka, powietrze - ale zawieszone, czekające na jakikolwiek ruch jednego bądź drugiego. Musiałem przeprogramować swoje najbliższe cele. Zmienić priorytety. I chyba z tym mam problem - mam problem, żeby określić swoje potrzeby i priorytety na dziś, jutro, ten miesiąc czy rok... jak to mówią, od dna się można tylko odbić. I ja taką mam nadzieję. Że to już jest to dno i że może być tylko lepiej.
Postanowiłem tutaj powrócić, bo pierwszy raz od dłuższego czasu czuję się naprawdę samotnie. Zakończenie związku nie wpłynęło na mnie emocjonalnie praktycznie wcale. On wygasał od dłuższego czasu. Dlatego udało mi się zebrać w sobie i dość szybko poznałem kogoś, z kim rozpoczęło się coś nowego. Jak widać, nie na długo... bo chyba jest to jednak toksyczna relacja, nad którą mam więcej obiekcji, niż emocjonalnej pożywki dla mojego serca.
Wiecie, jak to jest, kiedy nie ma do kogo mordy otworzyć? Chcesz się napić piwa z przyjaciółmi. Przeglądasz listę znajomych na fejsie, kontakty w telefonie i okazuje się, że tak naprawdę nie masz do kogo napisać. Praca, ciągła praca od rana do nocy powoduje, że tracisz swoje człowieczeństwo. Pomimo ciągłych kontaktów z ludźmi czujesz się sam. Poznajesz ludzi, jednak okazują się obcy, nie dla ciebie. Nie zaspakajają twoich potrzeb emocjonalnych. Krążysz pomiędzy nimi, szukając odpowiedzi na nurtujące cię problemy. Ale oni nie są w stanie ci ich udzielić. Mają cię rzetelnie i głęboko w dupie. To ty zawsze masz być dla nich wsparciem, nie na odwrót. Starasz się zrozumieć, dlaczego ludzie tacy są. Ale to nie wychodzi. Czasem popełniasz głupi błąd, który stawia całą relację pod znakiem zapytania. I nie liczy się, że ta druga osoba bywa jeszcze gorsza. Przecież zawsze to twoja wina... zaczynasz czuć się piątym kołem u wozu...
Wiecie, najlepsze jest to, że te przemyślenia wynikają z głupiej choroby, gdzie nikt tak naprawdę się nią nie interesuje. Siedzisz w domu ósmy dzień z rzędu i trafia cię szlag, bo poza telewizorem, laptopem czy książką nie masz żadnego innego kompana. Nie możesz się poskarżyć, że boli; nie możesz liczyć nawet na to, że ktoś skoczy ci do sklepu by kupić głupią butelkę wody. Czujesz się sam, jak śmierdzące gówno w tym pojebanym świecie.
Myślisz sobie, że to nie tak, że to świat jest zły, nie ty. Ale to nie działa. Inni są szczęśliwi, dlaczego więc to ja muszę cierpieć?
Tak już kończąc, chyba moim celem na najbliższy czas to jest normalny świat. Zwykła, pospolita normalność. Mam już dość problemów i szukam zwykłej, człowieczej normalności i chociaż chwilowej stabilizacji zawodowej, emocjonalnej i finansowej.
Nie spodziewałem się, że ten wpis będzie tak głęboki i odkryty - wprost z serca. Cóż, musicie wybaczyć za zbytnią wylewność. Nie szukam zrozumienia, nie szukam porad życiowych. Po prostu muszę się wygadać. A to miejsce mi to umożliwia... ;-).
Na koniec chciałbym Was zostawić z dwoma świeżo przeze mnie odkrytymi kawałkami. Oba oddają dość rzetelnie mój stan emocjonalny...
Now the day bleeds
Into nightfall
And you're not here
To get me through it all
I let my guard down
And then you pulled the rug
I was getting kinda used to being someone you loved
Teraz dzień krwawi
Aż do zapadnięcia zmroku
A ciebie tu nie ma
Żeby pomóc mi przez to przejść
Uśpiłem swoją czujność
A wtedy ty nagle pozbawiłaś mnie gruntu pod nogami
Byłem przyzwyczajony do bycia kimś, kogo kochałaś
Trzymajcie się! :-)



