I. Spontan
Niedziela. Wstałem średnio przytomny; wczorajszy grill skończył się dziś o 3 nad ranem. Wstaję po 5 godzinach snu, o 8, by w 45 minut się zebrać i wyruszyć. Czas jest tutaj na wagę złota, przede mną szalony dzień! Godzina 15 z lekkim hakiem. Parkuje samochód na losowo wybranym parkingu z listy parkingów z map Google’a. Okazuje się, że On jest od mojego parkingu nie dalej, niż 350 metrów… przy powierzchni miasta sięgającej 525 m2. Przez niego zaczynam wątpić w kwestię przypadków. Pokonałem 380 kilometrów, jadąc ponad 6 godzin - z ciekawości do świata, czy może do Niego...? Zupełnie nie znam miasta, ludzi, kultury. To byłaby ostatnia weekendowa noc spędzona w mieszkaniu. Może dlatego tak desperacko staram się spędzić czas poza nim…?
II. My
Trudno w to uwierzyć, ale cala historia zaczęła się kilkanaście dni temu; może więcej. Zacząłem poznawać Pewnego Faceta. Niepozorny, byłem go ciekaw. Miałem wrażenie, ze jedyny w swoim rodzaju wśród gatunku facetów. Przekonałem się o tym z czasem; wręcz wciąż się przekonuję; że mimo pełnej normalności, niepozorności, wręcz pospolitości czy zwykłości, jest osobą wyjątkową. Dlaczego o tym piszę? Kilka dni temu, w totalnym szaleństwie i braku jakiegokolwiek planu i organizacji postanowiliśmy się spotkać. Mimo, ze mieszkamy w dwóch zupełnie różnych częściach Polski, połączyły nas Tatry. Ja - ciągle w pracy; On - na wakacjach. Spędziliśmy trochę czasu ze sobą, rozmawiając o wszystkim i niczym. Czas ten ubiegł naprawdę szybko, za szybko; zupełnie nie czułem znużenia czy braku zainteresowania. Wręcz przeciwnie - było mi mało; chciałem więcej. Podzielił się ze mną swoimi planami wakacyjnymi - póki co Tatry, potem z rodziną planują spędzić czas w Budapeszcie. I powoli przechodzimy chyba do meritum.
III. Ja
W życiu nie byłem w Budapeszcie. Nie znam tego miasta, nie znam Węgier i jakoś nigdy nie czułem potrzeby, by się tam wybrać. On pojechał. Chwalił się tym, co tutaj widzi; przesyłał zdjęcia... i narobił mi sporej ochoty, do odkrycia nowego kawałka ziemi, to daje mi niesamowitą frajdę. Pewnie też do tej wizyty przyczynił się fakt, że On tam jest, że jest możliwość, by dalej odkrywać Jego.
Bez żadnego planu - zupełnie, praktycznie z dnia na dzień, postanowiłem się tam wybrać. Naprawdę nie potrafię dookreślić swojej motywacji… może po prostu mam dość pustego domu...? Moment zwalenia się mamie na głowę jest coraz bliżej i coraz mocniej zaczynam odczuwać obostrzenia i konsekwencje wynikające z powrotu pod matczyne skrzydła.
“Swoją ciekawość świata trzeba umieć doskonalić.”
Edward Stachura
17:48. Siedzę nad Dunajem; w planach mam jeszcze zobaczyć węgierski parlament. Wcześniej jednak staram się zebrać myśli do kupy. Nad moim losem, nad losem znajomosci z Nim. Szukam odpowiedzi i rozwiązań, które nie są tak bliskie i oczywiste. Myślę nad tym, co tutaj widzę... przemierzyłem 380 km żeby pomyśleć. Samemu, pośród odgłosów z otoczenia. Przechodzących, śmiejących się i rozmawiających ludzi; pośród szumu wody, generowanego przez pracujące na wolnych obrotach turbiny statków-restauracji. Pośród przejeżdżających aut i tramwajów; dzwoniących dzwonów. I z widokiem, który naprawdę zachwyca.
IV. Budapeszt
Budapeszt - bo o tym pierwotnie mial być ten wpis - ma swój urok. Przekraczając granicę słowacko-węgierską zauważyłem pewne różnice. Jak to mawiają, plusy dodatnie i plusy ujemne. Tutaj panuje zupełnie inny klimat.
Powietrze jest bardziej suche, gorące; jednak przyjemne - dzięki panoszącemu się wiatrowi. Gdy otworzyłem okna w samochodzie (by przywyknąć do temperatury po klimatyzowanej podróży), na mojej twarzy pojawił się szeroki banan. Naprawdę czuć różnice.
Drogi... cóż, tutaj gorzej. Nie wiem, dlaczego, ale dużo mocniej niż na Słowacji czuć każdą nierówność asfaltu. Dróg jest dużo; wiele pasów skutecznie rozładowuje ruch; często są jednak wąskie, porównywalne do dróg na Teneryfie. Kierowcy są bardzo uprzejmi i mili.
Infrastruktura turystyczna jest dość ograniczona - przynajmniej w samym Budapeszcie. Ciężko znaleźć wolną ławkę; trasy są tworzone przez samych turystów. Kierunkowskazy są widoczne, jednak czasem trudno przejść na druga stronę ulicy, nie łamiąc kilku przepisów. Co mnie zdziwiło - chciałem kupić bilet dobowy na komunikacje miejską - ciężko tutaj z parkingami - to dwa automaty były uszkodzone, a sprzedawca w bezpośrednim punkcie sprzedaży operatora komunikacji Budapesztu nie był w stanie porozumieć się w żadnym innym języku, niż węgierski. Szkoda... szczęśliwie za 3 razem trafiłem na automat, który - o dziwo - był sprawny i zakupiłem upragniony bilet. Ilość polaczeń jest satysfakcjonująca; fakt stworzenia nawigacji komunikacji miejskiej Budapesztu również jest sporym plusem i zaletą.
Architektura. Cóż, mam wrażenie, że perfekcyjnie łączy styl klasyczny, swoistą węgierską secesję, neogotyk (wcześniej wspomniany Parlament) z nowoczesnością, kształtami w ciągłej kontrze, ale utrzymujące prostotę (patrz na przykład: InterContinental Hotel). Bardzo mi się to spodobało - wśród ludzi z tych rejonów zostają elementy wyczucia architektonicznego. Nie wiem, czy to kwestia dobrego zarządzania i prawa, czy wyczucia estetycznego architektów - ale budynki jakoś do siebie pasują, nie przejawia się architektoniczny nieład i „nasranie”, a prezentuje się porządek i ład.
Jedzenie, restauracje i życie nocne. Miałem okazję, za Jego namową, skosztować tutejszego gulaszu (Drum Cafe Budapest, Budapest, Dob u. 2, 1072 Węgry). Powiem Wam, ze naprawdę smaczny. Wieczorem zaś mieliśmy okazję zjeść pizzę w takiej formie, jaką znam z jednej z bielskich pizzeri (no. 1 na mojej liście...?) - miejsce warte polecenia, Oliva’s mieszcząca się w Budapeszcie przy Váci u. 31, 1052 Węgry. Zdziwił mnie jednak fakt, ze w niedziele centrum z knajpkami czynne jest maks do godziny 24. Zdroworozsądkowe - obsługa tez chce wypocząć. W knajpkach spory ruch i hałas. Przyjemnie się pomiędzy nimi chodzi.
Na Węgrzech nie trudno być milionerem… pierwszą czynnością po przyjeździe była wypłata ichniejszej gotówki - w kwocie 20.000 HUF. Oczywiście zostałem skutecznie oskubany przez Euronet z tytułu wypłaty gotówki - a ponoć mam darmowe wypłaty ze wszystkich bankomatów…
Nie zauważyłem specjalnego pośpiechu wśród ludzi. Wydawać by się mogło, że świat tam lekko zwalnia. Pomimo sporej liczby osób na ulicach, wielkomiejskiego tłumu, jest spokojnie. Szczerze powiedziawszy zawsze podobał mi się charakter życia w naszej polskiej Stolicy. Chyba jednak obecnie nastrojem potrzeba mi wyciszenia i swoistej stabilizacji, którą przyniósł Budapeszt.
V. On
Godzina 18:36. Spotykamy się. Szczerze powiedziawszy, chyba się lekko stęskniłem. Od zawsze za szybko przywiązywałem się do ludzi, szczególnie do tych wartościowych. Znowu bez planu, nie znając nawet dokładnej godziny naszego spotkania. Wsadza rodzinę do autobusu i może się spotkać. Znowu los sprawia, że jesteśmy od siebie nie dalej jak kilkaset metrów… Z lekkim problemem, ale odnaleźliśmy się w tłumie ludzi. On mnie nie dostrzegał, ja zaś widziałem juz z daleka. Charakterystyczna osóbka. Bardzo spostrzegawczy. Nie da się Go wpisać w schematy, mam problem, by umieścić go w jednym z czterech typów osobowości Hipokratesa. Pokłady zrozumienia i empatii powodują, że nie da się Go nie lubić.
Znowu spędzamy ze sobą trochę czasu. Definitywnie te pięć godzin mija zbyt szybko! Oboje nie mamy planu na spacer, temat rozmowy czy wspólny czas. To się po prostu dzieje. Mam wrażenie, że takowa spontaniczność dodaje charakteru całej relacji. Z dnia na dzień, ze spotkania na spotkanie mam wrażenie, że jest coraz więcej tematów, o których mogę z Nim rozmawiać. Mam wrażenie, jakby pękała jakaś bariera.
Ostatnie lata moich związków były lekko… szalone pod względem emocjonalnym. Z samej budowy fundamentu można było przewidzieć, że to się musi zapaść. Każda taka relacja wniosła coś w mój kręgosłup, ustabilizowała poglądy. I teraz z pełną świadomością mogę stwierdzić, że na pewno nie chcę się z niczym śpieszyć. Chcę spokojnie, świadomie i z pełną premedytacją dojrzewać do głębszych uczuć; chcę Go poznać, to jest moim celem. Szybciej niż przeciętny Kowalski poznaję ludzi. Przez to szybciej dojrzewam do przyjaźni. Ale nie tym razem. Udaje mi się trzymać mój mózg w wodzach. Nie pozwalam szukać w Nim kogoś. Nie tworzę wizji świetnego związku / budowy domu i kupna psa / przyjaźni — wybierz odpowiednio. Po prostu chcę Go poznać. Zlizuję każde słowo, notuje fakty w głowie. Daję się ponieść i otwieram się coraz bardziej.
Zauważyłem, że gdy się spotykamy, przychodzi taki moment, że rozmowa schodzi na poważniejsze tematy. Za pierwszym razem były znacznie lżejsze, niż dzisiaj. Ciekaw jestem, o czym będziemy rozmawiać za n-razem. Czy można się znudzić człowiekiem? Prawdopodobnie tak. Osobiście czuję, że czerpię z niego dużo energii, zajebistego dobra, siły i normalności. Staram się odwdzięczać tym samym, jednak z uwagi na to, że On nie jest osobą zbytnio wylewną i okazującą emocje, to ciągle szukam potwierdzenia; czy to nie jest tak, że to ja Go przynudzam, naciskam, zmuszam do czegoś, na co On nie ma ochoty, a głupio mu odmówić.
Dwa przeciwne światy, równie dwa odległe krańce Polski. W dzisiejszych czasach nie stanowi to problemu. Czasem w tym przypadku mam wrażenie, że chcę za dużo. Że zbytnio naciskam na spotkanie, że za dużo chciałbym wiedzieć, że się narzucam. Jak zwykły, pospolity typ osobowości działacza (ENFP-A).
„Nie interesuje mnie jak zarabiasz na życie. Chcę wiedzieć, za czym tęsknisz i o czym ośmielasz się marzyć, wychodząc na spotkanie tęsknocie swego serca. Nie interesuje mnie, ile masz lat. Chcę wiedzieć, czy dla miłości, dla marzenia, dla przygody życia zaryzykujesz, że wezmą cię za głupca.”
Wolę działać, trochę cholerycznie i spontanicznie. Czasem myślę, czy nie powiedziałem czegoś nie tak, czy dana rozmowa jest satysfakcjonująca. Najzabawniejsze jest to, że tylko przy Nim mam te obawy. W zwykłych, pospolitych znajomościach nie mam tego problemu. Może dlatego, że uważam, iż ktoś musi mnie zaakceptować takiego, jakim jestem. Jeśli nie zaakceptuje - cóż, droga wolna; albo damy radę z tym żyć, albo nie. A w Jego przypadku… po prostu staram się wypaść jak najlepiej, bo nie chciałbym stracić wartościowego człowieka przez coś, co tkwi we mnie.
Rzeczywiście może wypływam na jakieś bliżej nieokreślone wody; całkiem możliwe, że nie ma żadnego problemu i akceptuje bezwarunkowo wszystko to, co robię, jaki jestem. Jednak pojawiają się czasem wątpliwości. Przynajmniej w tym wymiarze, który zdołał już poznać.
Wychodzę jednak z założenia - co ma być, to będzie. Dziś, z pełną świadomością mogę stwierdzić, że naprawdę niczego od Niego nie oczekuję, niczego nie wykluczam i nic nie będę robić na siłę. Próba czasu zawsze weryfikuje. Wolę być emocjonalnie wyjałowiony i się pozytywnie zaskoczyć, niżeli zaangażować się za bardzo (oczywiście emocjonalnie; każdy inny angaż uznaję za możliwy i dopuszczalny - w granicach rozsądku) i zostać sam, bez zajebistego człowieka, ale ze złamanym sercem i umysłem.
Od początku pisząc o Nim używam dużej litery wraz z zaimkiem. W ten sposób staram się skierować uwagę, że jest więcej, zostawiam pewne domysły. I chcę skierować uwagę do tej części - poświęconej tylko Niemu.
Na pewno kończąc tę część chcę podkreślić raz jeszcze, że mam wrażenie, jakbym złapał byka za rogi. Takiego człowieka wokół mnie jeszcze nie miałem; w środowisku gejów należy chyba do rzadkości. Aż się dziwię, że jest sam… że ktoś mógł Go zostawić, że świat nie był Nim zainteresowany… Jeżu, jak bardzo chciałbym to wykorzystać. Gdyby nie to, że brzydzę się przemocą, związałbym Go, przywiózł do siebie i trzymał w klatce. Może nawet wystawiał na pokazach? Tacy ludzie nie istnieją. Mimo swoich wad, które oczywiście dostrzegam, jest niesamowity. Nie piszę tego przez różowe okulary, naprawdę, podkreślę to jeszcze raz, naprawdę jestem nim bardzo zaintrygowany i zainteresowany, a wcześniejsze słowa nie wynikają z pewności z jakiegoś zauroczenia czy wyobrażeń. To są tylko moje skromne obserwacje.
Po 23 odstawiłem Go bezpieczenie do miejsca Jego noclegu i czas na…
VI. … Powrót
Godzina 5:36. Wchodzę do domu. Padnięty. Dystans na nogach: 7,9 km (wg śledzenia mapami Google’a); 12:25 autem. 21 godzin w podróży. Jestem prawdziwie wyjebany. Brakuje mi sił, nie wyspałem się w ostatnie dwa dni, ale było warto! Nie wiesz, dlaczego? To przeczytaj ten wpis raz jeszcze, i jeszcze - aż zrozumiesz. Pożywka emocjonalna, spotkanie z Nim, aktywny odpoczynek pomimo zmęczenia - to daje kopa na kila dni. Chcę więcej. Świat jest piękny i nie zawaham się tego wykorzystać ponownie.
„Niech się dzieje wola Nieba, Z nią się zawsze zgadzać trzeba!"

















