poniedziałek, 8 lipca 2019

Spontan: My. Ja. Budapeszt i On.


I. Spontan

Niedziela. Wstałem średnio przytomny; wczorajszy grill skończył się dziś o 3 nad ranem. Wstaję po 5 godzinach snu, o 8, by w 45 minut się zebrać i wyruszyć. Czas jest tutaj na wagę złota, przede mną szalony dzień! Godzina 15 z lekkim hakiem. Parkuje samochód na losowo wybranym parkingu z listy parkingów z map Google’a. Okazuje się, że On jest od mojego parkingu nie dalej, niż 350 metrów… przy powierzchni miasta sięgającej 525 m2. Przez niego zaczynam wątpić w kwestię przypadków.  Pokonałem 380 kilometrów, jadąc ponad 6 godzin - z ciekawości do świata, czy może do Niego...?  Zupełnie nie znam miasta, ludzi, kultury. To byłaby ostatnia weekendowa noc spędzona w mieszkaniu. Może dlatego tak desperacko staram się spędzić czas poza nim…?


II. My

Trudno w to uwierzyć, ale cala historia zaczęła się kilkanaście dni temu; może więcej. Zacząłem poznawać Pewnego Faceta. Niepozorny, byłem go ciekaw. Miałem wrażenie, ze jedyny w swoim rodzaju wśród gatunku facetów. Przekonałem się o tym z czasem; wręcz wciąż się przekonuję; że mimo pełnej normalności, niepozorności, wręcz pospolitości czy zwykłości, jest osobą wyjątkową. Dlaczego o tym piszę? Kilka dni temu, w totalnym szaleństwie i braku jakiegokolwiek planu i organizacji postanowiliśmy się spotkać. Mimo, ze mieszkamy w dwóch zupełnie różnych częściach Polski, połączyły nas Tatry. Ja - ciągle w pracy; On - na wakacjach. Spędziliśmy trochę czasu ze sobą, rozmawiając o wszystkim i niczym. Czas ten ubiegł naprawdę szybko, za szybko; zupełnie nie czułem znużenia czy braku zainteresowania. Wręcz przeciwnie - było mi mało; chciałem więcej. Podzielił się ze mną swoimi planami wakacyjnymi - póki co Tatry, potem z rodziną planują spędzić czas w Budapeszcie. I powoli przechodzimy chyba do meritum.

III. Ja

W życiu nie byłem w Budapeszcie. Nie znam tego miasta, nie znam Węgier i jakoś nigdy nie czułem potrzeby, by się tam wybrać. On pojechał. Chwalił się tym, co tutaj widzi; przesyłał zdjęcia... i narobił mi sporej ochoty, do odkrycia nowego kawałka ziemi, to daje mi niesamowitą frajdę. Pewnie też do tej wizyty przyczynił się fakt, że On tam jest, że jest możliwość, by dalej odkrywać Jego. 
Bez żadnego planu - zupełnie, praktycznie z dnia na dzień, postanowiłem się tam wybrać. Naprawdę nie potrafię dookreślić swojej motywacji…  może po prostu mam dość pustego domu...? Moment zwalenia się mamie na głowę jest coraz bliżej i coraz mocniej zaczynam odczuwać obostrzenia i konsekwencje wynikające z powrotu pod matczyne skrzydła.


“Swoją ciekawość świata trzeba umieć doskonalić.”
Edward Stachura

17:48. Siedzę nad Dunajem; w planach mam jeszcze zobaczyć węgierski parlament. Wcześniej jednak staram się zebrać myśli do kupy. Nad moim losem, nad losem znajomosci z Nim. Szukam odpowiedzi i rozwiązań, które nie są tak bliskie i oczywiste. Myślę nad tym, co tutaj widzę... przemierzyłem  380 km żeby pomyśleć. Samemu, pośród odgłosów z otoczenia. Przechodzących, śmiejących się i rozmawiających ludzi; pośród szumu wody, generowanego przez pracujące na wolnych obrotach turbiny statków-restauracji. Pośród przejeżdżających aut i tramwajów; dzwoniących dzwonów. I z widokiem, który naprawdę zachwyca.

IV. Budapeszt

Budapeszt - bo o tym pierwotnie mial być ten wpis - ma swój urok. Przekraczając granicę słowacko-węgierską zauważyłem pewne różnice. Jak to mawiają, plusy dodatnie i plusy ujemne. Tutaj panuje zupełnie inny klimat. 

Powietrze jest bardziej suche, gorące; jednak przyjemne - dzięki panoszącemu się wiatrowi. Gdy otworzyłem okna w samochodzie (by przywyknąć do temperatury po klimatyzowanej podróży), na mojej twarzy pojawił się szeroki banan. Naprawdę czuć różnice. 

Drogi... cóż, tutaj gorzej. Nie wiem, dlaczego, ale dużo mocniej niż na Słowacji czuć każdą nierówność asfaltu. Dróg jest dużo; wiele pasów skutecznie rozładowuje ruch; często są jednak wąskie, porównywalne do dróg na Teneryfie. Kierowcy są bardzo uprzejmi i mili. 

Infrastruktura turystyczna jest dość ograniczona - przynajmniej w samym Budapeszcie. Ciężko znaleźć wolną ławkę; trasy są tworzone przez samych turystów. Kierunkowskazy są widoczne, jednak czasem trudno przejść na druga stronę ulicy, nie łamiąc kilku przepisów. Co mnie zdziwiło - chciałem kupić bilet dobowy na komunikacje miejską - ciężko tutaj z parkingami - to dwa automaty były uszkodzone, a sprzedawca w bezpośrednim punkcie sprzedaży operatora komunikacji Budapesztu nie był w stanie porozumieć się w żadnym innym języku, niż węgierski. Szkoda... szczęśliwie za 3 razem trafiłem na automat, który - o dziwo - był sprawny i zakupiłem upragniony bilet. Ilość polaczeń jest satysfakcjonująca; fakt stworzenia nawigacji komunikacji miejskiej Budapesztu również jest sporym  plusem i zaletą. 

Architektura. Cóż, mam wrażenie, że perfekcyjnie łączy styl klasyczny, swoistą węgierską secesję, neogotyk (wcześniej wspomniany Parlament) z nowoczesnością, kształtami w ciągłej kontrze, ale utrzymujące prostotę (patrz na przykład: InterContinental Hotel). Bardzo mi się to spodobało - wśród ludzi z tych rejonów zostają elementy wyczucia architektonicznego. Nie wiem, czy to kwestia dobrego zarządzania i prawa, czy wyczucia estetycznego architektów - ale budynki jakoś do siebie pasują, nie przejawia się architektoniczny nieład i „nasranie”, a prezentuje się porządek i ład. 

Jedzenie, restauracje i życie nocne. Miałem okazję, za Jego namową, skosztować tutejszego gulaszu (Drum Cafe Budapest, Budapest, Dob u. 2, 1072 Węgry). Powiem Wam, ze naprawdę smaczny. Wieczorem zaś mieliśmy okazję zjeść pizzę w takiej formie, jaką znam z jednej z bielskich pizzeri (no. 1 na mojej liście...?) - miejsce warte polecenia, Oliva’s mieszcząca się w Budapeszcie przy Váci u. 31, 1052 Węgry. Zdziwił mnie jednak fakt, ze w niedziele centrum z knajpkami czynne jest maks do godziny 24. Zdroworozsądkowe - obsługa tez chce wypocząć. W knajpkach spory ruch i hałas. Przyjemnie się pomiędzy nimi chodzi. 

Na Węgrzech nie trudno być milionerem… pierwszą czynnością po przyjeździe była wypłata ichniejszej gotówki - w kwocie 20.000 HUF. Oczywiście zostałem skutecznie oskubany przez Euronet z tytułu wypłaty gotówki - a ponoć mam darmowe wypłaty ze wszystkich bankomatów… 
Nie zauważyłem specjalnego pośpiechu wśród ludzi. Wydawać by się mogło, że świat tam lekko zwalnia. Pomimo sporej liczby osób na ulicach, wielkomiejskiego tłumu, jest spokojnie. Szczerze powiedziawszy zawsze podobał mi się charakter życia w naszej polskiej Stolicy. Chyba jednak obecnie nastrojem potrzeba mi wyciszenia i swoistej stabilizacji, którą przyniósł Budapeszt. 

V. On

Godzina 18:36. Spotykamy się. Szczerze powiedziawszy, chyba się lekko stęskniłem. Od zawsze za szybko przywiązywałem się do ludzi, szczególnie do tych wartościowych. Znowu bez planu, nie znając nawet dokładnej godziny naszego spotkania. Wsadza rodzinę do autobusu i może się spotkać. Znowu los sprawia, że jesteśmy od siebie nie dalej jak kilkaset metrów… Z lekkim problemem, ale odnaleźliśmy się w tłumie ludzi. On mnie nie dostrzegał, ja zaś widziałem juz z daleka. Charakterystyczna osóbka. Bardzo spostrzegawczy. Nie da się Go wpisać w schematy, mam problem, by umieścić go w jednym z czterech typów osobowości Hipokratesa. Pokłady zrozumienia i empatii powodują, że nie da się Go nie lubić. 

Znowu spędzamy ze sobą trochę czasu. Definitywnie te pięć godzin mija zbyt szybko! Oboje nie mamy planu na spacer, temat rozmowy czy wspólny czas. To się po prostu dzieje. Mam wrażenie, że takowa spontaniczność dodaje charakteru całej relacji. Z dnia na dzień, ze spotkania na spotkanie mam wrażenie, że jest coraz więcej tematów, o których mogę z Nim rozmawiać. Mam wrażenie, jakby pękała jakaś bariera.
Ostatnie lata moich związków były lekko… szalone pod względem emocjonalnym. Z samej budowy fundamentu można było przewidzieć, że to się musi zapaść. Każda taka relacja wniosła coś w mój kręgosłup, ustabilizowała poglądy. I teraz z pełną świadomością mogę stwierdzić, że na pewno nie chcę się z niczym śpieszyć. Chcę spokojnie, świadomie i z pełną premedytacją dojrzewać do głębszych uczuć; chcę Go poznać, to jest moim celem. Szybciej niż przeciętny Kowalski poznaję ludzi. Przez to szybciej dojrzewam do przyjaźni. Ale nie tym razem. Udaje mi się trzymać mój mózg w wodzach. Nie pozwalam szukać w Nim kogoś. Nie tworzę wizji świetnego związku / budowy domu i kupna psa / przyjaźni — wybierz odpowiednio. Po prostu chcę Go poznać. Zlizuję każde słowo, notuje fakty w głowie. Daję się ponieść i otwieram się coraz bardziej.

Zauważyłem, że gdy się spotykamy, przychodzi taki moment, że rozmowa schodzi na poważniejsze tematy. Za pierwszym razem były znacznie lżejsze, niż dzisiaj. Ciekaw jestem, o czym będziemy rozmawiać za n-razem. Czy można się znudzić człowiekiem? Prawdopodobnie tak. Osobiście czuję, że czerpię z niego dużo energii, zajebistego dobra, siły i normalności. Staram się odwdzięczać tym samym, jednak z uwagi na to, że On nie jest osobą zbytnio wylewną i okazującą emocje, to ciągle szukam potwierdzenia; czy to nie jest tak, że to ja Go przynudzam, naciskam, zmuszam do czegoś, na co On nie ma ochoty, a głupio mu odmówić.

Dwa przeciwne światy, równie dwa odległe krańce Polski. W dzisiejszych czasach nie stanowi to problemu. Czasem w tym przypadku mam wrażenie, że chcę za dużo. Że zbytnio naciskam na spotkanie, że za dużo chciałbym wiedzieć, że się narzucam. Jak zwykły, pospolity typ osobowości działacza (ENFP-A).

„Nie interesuje mnie jak zarabiasz na życie. Chcę wiedzieć, za czym tęsknisz i o czym ośmielasz się marzyć, wychodząc na spotkanie tęsknocie swego serca. Nie interesuje mnie, ile masz lat. Chcę wiedzieć, czy dla miłości, dla marzenia, dla przygody życia zaryzykujesz, że wezmą cię za głupca.”

Wolę działać, trochę cholerycznie i spontanicznie. Czasem myślę, czy nie powiedziałem czegoś nie tak, czy dana rozmowa jest satysfakcjonująca. Najzabawniejsze jest to, że tylko przy Nim mam te obawy. W zwykłych, pospolitych znajomościach nie mam tego problemu. Może dlatego, że uważam, iż ktoś musi mnie zaakceptować takiego, jakim jestem. Jeśli nie zaakceptuje - cóż, droga wolna; albo damy radę z tym żyć, albo nie. A w Jego przypadku… po prostu staram się wypaść jak najlepiej, bo nie chciałbym stracić wartościowego człowieka przez coś, co tkwi we mnie. 

Rzeczywiście może wypływam na jakieś bliżej nieokreślone wody; całkiem możliwe, że nie ma żadnego problemu i akceptuje bezwarunkowo wszystko to, co robię, jaki jestem. Jednak pojawiają się czasem wątpliwości. Przynajmniej w tym wymiarze, który zdołał już poznać.

Wychodzę jednak z założenia - co ma być, to będzie. Dziś, z pełną świadomością mogę stwierdzić, że naprawdę niczego od Niego nie oczekuję, niczego nie wykluczam i nic nie będę robić na siłę. Próba czasu zawsze weryfikuje. Wolę być emocjonalnie wyjałowiony i się pozytywnie zaskoczyć, niżeli zaangażować się za bardzo (oczywiście emocjonalnie; każdy inny angaż uznaję za możliwy i dopuszczalny - w granicach rozsądku) i zostać sam, bez zajebistego człowieka, ale ze złamanym sercem i umysłem.

Od początku pisząc o Nim używam dużej litery wraz z zaimkiem. W ten sposób staram się skierować uwagę, że jest więcej, zostawiam pewne domysły. I chcę skierować uwagę do tej części - poświęconej tylko Niemu.

Na pewno kończąc tę część chcę podkreślić raz jeszcze, że mam wrażenie, jakbym złapał byka za rogi. Takiego człowieka wokół mnie jeszcze nie miałem; w środowisku gejów należy chyba do rzadkości. Aż się dziwię, że jest sam… że ktoś mógł Go zostawić, że świat nie był Nim zainteresowany… Jeżu, jak bardzo chciałbym to wykorzystać. Gdyby nie to, że brzydzę się przemocą, związałbym Go, przywiózł do siebie i trzymał w klatce. Może nawet wystawiał na pokazach? Tacy ludzie nie istnieją. Mimo swoich wad, które oczywiście dostrzegam, jest niesamowity. Nie piszę tego przez różowe okulary, naprawdę, podkreślę to jeszcze raz, naprawdę jestem nim bardzo zaintrygowany i zainteresowany, a wcześniejsze słowa nie wynikają z pewności z jakiegoś zauroczenia czy wyobrażeń. To są tylko moje skromne obserwacje.

Po 23 odstawiłem Go bezpieczenie do miejsca Jego noclegu i czas na… 

VI. … Powrót

Godzina 5:36. Wchodzę do domu. Padnięty. Dystans na nogach: 7,9 km (wg śledzenia mapami Google’a); 12:25 autem. 21 godzin w podróży. Jestem prawdziwie wyjebany. Brakuje mi sił, nie wyspałem się w ostatnie dwa dni, ale było warto! Nie wiesz, dlaczego? To przeczytaj ten wpis raz jeszcze, i jeszcze - aż zrozumiesz. Pożywka emocjonalna, spotkanie z Nim, aktywny odpoczynek pomimo zmęczenia - to daje kopa na kila dni. Chcę więcej. Świat jest piękny i nie zawaham się tego wykorzystać ponownie.

„Niech się dzieje wola Nieba, Z nią się zawsze zgadzać trzeba!"

piątek, 28 czerwca 2019

Niewiadoma

Cześć.

Zaczynam pisać te słowa, nie wiedząc zupełnie dokąd zmierzam, co chciałbym nimi przekazać. Chyba właśnie stąd też tytuł. Ten wpis będzie jedną wielką niewiadomą... nawet dla mnie.

Kilka ostatnich dni to jakieś wielkie nieporozumienie. Dawno nie miałem takich wahań nastrojów... znacie to? Wstajesz z nastawieniem dość neutralnym. Nie mija pół dnia, jak czujesz, że ten dzień cię wypala. Następuje wkurwienie na wszystko i wszystkich. Potem spotykasz na swojej drodze kogoś, kto sprawia, że dzień staje się mega dobry. Aż nagle i nieprzewidywalnie trafia się taka persona, która umiejętnie zaś Ci go spierdoli. Wracasz przez nią do domu przed 24, słuchasz dwa, no może trzy utwory i zasypiasz samemu w łóżku, próbując sobie to jakoś wszystko ułożyć.

Potem następuje kolejny dzień. Tym razem - wstajesz wyspany, wypoczęty. Idziesz do pracy i do ludzi, których lubisz. Jest piątek. Śmiejesz się, wygłupiasz. Jest ci chwilowo dobrze. Potem wybierasz się na samotny wypad, by trochę odetchnąć. Udaje się! Jesteś zadowolony.

I na koniec wracasz do pustego domu. Chciałbyś z kimś porozmawiać, z kimś ci naprawdę bliskim. Ale nikt taki nie istnieje, nikt taki nie ma dla ciebie czasu. Przecież są ważniejsze sprawy na głowie. Okej, jesteś w stanie to jakoś przeboleć - jak nie dziś, to jutro. Po drodze oczywiście trafia się kolejna pipa, która psuje ci kolejny dzień...

Wiem, że cytowanie Stalina może nie być zbytnio taktowne. Ale akurat z tym zdaniem tak bardzo się zgadzam... co mi po tym wszystkim, jak na koniec dnia nie mam z kim wypić filiżanki herbaty...?

I tak dzień za dniem. Z dnia na dzień przywykasz do tej samotności; wiesz, że ona jest nieszkodliwa. Czujesz się zły, sfrustrowany, że świat jest tak zły. Zastanawiasz się, czym poprawić sobie humor. -Lody, muzyka, praca - to wszystko już nie działa. Szukasz kopa. Nic ci go nie daje. Zupełnie nic... 

Mimo sukcesów, które osiągasz - zawodowe, nowe kontrakty; utrata wagi -- czujesz, że to nie to. Czujesz, że świat cię nie docenia, że to wszystko jest o kant dupy rozbić. Ale wierzysz. Bo co innego ci pozostaje, poza wiarą? Kiedyś od dna się trzeba odbić.

I mimo pełnych perspektyw, mimo niby sielskiego życia; pomimo tych wszystkich osiągniętych kamieni milowych - dochodzisz do miejsca, gdzie nie masz nawet z kim o swoich osiągnięciach porozmawiać. I myślisz, czy to kiedyś się zmieni, ile jeszcze. Cóż, nawet ja nie znam na to odpowiedzi.

Ciągle społeczeństwo wymaga od ciebie ubierania masek. Przecież nie możesz mieć gorszego dnia, nie możesz mieć dołka, nie możesz być chory. Przecież to jest niedopuszczalne. Trwasz w tym gównie sam i nikt, zupełnie nikt się tym nie interesuje. Wszyscy udają zainteresowanie - w ten sam sposób, w który ty musisz ubrać maskę "nic_mi_nie_jest".

Nie odbierajcie tego posta jakoś bardzo negatywnie. Wbrew pozorom, tutaj nie muszę ubierać maski. Nawet nie wiem, kim jesteście, drodzy czytelnicy. Ba, nawet nie wiem, czy ktokolwiek to czyta... co sprawia mi pewną radość - mogę sobie pozwolić na większą dowolność i... wolność. Choć nie wiem, jak długo ona jeszcze potrwa z PiS...

Wbrew pozorom dziś czuję się emocjonalnie neutralny, wypłowiały. Nie wiem, czy targa mną wkurw na klientów, bezsilność, brak bliskości... naprawdę nie potrafię tego określić. Ten stan jest nawet dobry. Wolę nie czuć nic, zrzucić to na zmęczenie i iść dalej, niż niepotrzebnie przeżywać te emocje, które szkodzą. Czasem mam ochotę krzyczeć, ale mam wrażenie, że i tak nikt tego nie usłyszy. A cichy płacz każdemu jest na rękę. Niezbyt nachalny, wręcz dostojny. Nie wywołuje "niepotrzebnych" zrywów empatii... 

Abstrahując od tego chciałbym powiedzieć, że YouTube zaczął mnie chyba lubić. Co kilka dni zdarza mu się podrzucić mi kawałek, który wpada mi w ucho. A że jestem melomanem, nitka po nitce odkrywam więcej. I jak osiągam szczyt danego twórcy, bardzo chętnie nim się z Wami dzielę. 
I tym razem niech to będzie Julia Westlin z utworem "Faith Will Do". Trzydziestojednoletnia piosenkarka i modelka, urodzona w Sztokholmie. Obecnie przebywa w Kanadzie, gdzie nastąpił jej największy muzyczny rozkwit.
See the rivers I found
Flowing wild under ground
What you see with your eyes
what you don’t you feel inside 
Out the winds they may shift
on the way as we drift
But I know in my heart 
We belong to the stars...


Z tym wszystkim Was zostawiam. Bez motta, meritum. Bez kropki nad "i". Sam właśnie jestem w tym miejscu.

niedziela, 23 czerwca 2019

Powiew świeżego

Cześć!

Czterotysięczny raz skończyłem właśnie oglądać serię Harrego Pottera. Wiem, niby bajka, mówili; marnowanie czasu, mówili. Nie mogę się jednak z tym zgodzić. Za każdym razem czytając czy oglądając dokładnie całą sagę odkrywam nowe, uniwersalne prawdy życiowe. Wstyd się może przyznać, ale nawet za tym czterotysięcznym razem, oglądając każą z części, wzruszałem się. 

"Oczy skrzata odszukały go, usta zadrżały, gdy z trudem wypowiedział słowa:
- Harry... Potter... 
A potem drgnął lekko i znieruchomiał, a jego oczy były już tylko wielkimi, szklistymi kulami pocętkowanymi odbiciem gwiazd, które przestał widzieć."
J.K. Rowling – Harry Potter i Insygnia Śmierci

Rowling dokonała czegoś niemożliwego. Nie chciałbym w tym miejscu popadać w herezję, jednak cała saga może być porównywalna do Biblii. Walka dobra ze złem, zwycięstwo dobra, ofiary, które to zło pochłania... i masa elementów przypowieści, w których zawsze pada mądrość, z której powinniśmy czerpać jak najwięcej.

Nie musisz się wstydzić tego, co teraz czujesz. Przeciwnie… to, że odczuwasz taki ból, jest twoją największą siłą. 
J.K. Rowling – Harry Potter i Zakon Feniksa

Twórcy filmów zadbali również o perfekcyjnie dopracowany soundtrack. Dla mnie osobiście numerem 1 na liście całego soundtracku z wszystkich części jest utwór zatytułowany "Dumbledore's Farewell" z albumu "Harry Potter and the Half-Blood Prince". Tak idealnego odwzorowania emocji w tak instrumentalnie prostym utworze nie miałem okazji poznać.


Coś się skończyło, coś trzeba zacząć. Dziś miałem okazję obejrzeć komedię "Oszustki" (The Hustle) z tegorocznej produkcji. Film lekki, zaskakujący. Momentami sztampowy i przewidywalny, ale jako reprezentant gatunku lekkiej komedii (romantycznej - lekko spojlerując, ale to należy zaznaczyć) spełnia swoją rolę w odbiorze.



W moim kalendarzu w ciągu najbliższych dni musi znaleźć się miejsce na kilka filmów. Wstyd się przyznać, ale nie miałem okazji jeszcze zapoznać się z filmem "Gra Tajemnic" (The Imitation Game) z 2014 roku. Podejrzewam, że będzie to pierwszy film, który obejrzę. Z tego samego roku chciałbym obejrzeć film Tammy. Wydaje się, że rok ten był wyjątkowo twórczy dla filmowców, gdyż w planach mam jeszcze jeden film: "Między nami bliźniętami" (The Skeleton Twins). 

Ponadto, według rekomendacji Filmweb, w oparciu o moje dotychczasowe preferencje filmoteki, postanowiłem obejrzeć film "Piękny umysł" z 2001 roku (A Beautiful Mind) oraz Szósty Zmysł z 1999 r. (The Sixth Sense). 

I na sam koniec - klasyka. Dla poprawy humoru i by bez obaw przyznać się do płynących łez, postanowiłem obejrzeć film "Titanic" z '97 roku. "Nie żałuj łez - usiądź i porządnie się wybecz. Użyj sobie i szlochaj z całych sił! Tylko, czy naprawdę poczujesz wtedy ulgę?" ("Moc łez" - Joachim Marschall).

Prywatnie zaś przyznam się Wam, że powolutku pojawia się światełko w tunelu. Kompan, z którym mogę przegadać dzień i noc, nie będąc znużonym. Człowiek, którego warto poznać. Takie malutkie ciepełko na serduszku. Tym razem nie popełnię jednak błędu. Stąpam po cienkim lodzie, absolutnie nie mam zamiaru się z niczym śpieszyć. Chyba muszę dojrzeć do tego, by określić czego pragnę. Wiem jedno - jest to osoba, która jest normalna, która dąży do normalności. A tej normalności tak mi brakowało. Nie
wierzę w utopię, nie wierzę w złudzenia. Niech czas przyniesie swoje; pośpiech nie pomaga. Choć osobiście zrobię wszystko, by nie utracić TAKIEGO kontaktu. Tylko trzeźwe spojrzenie pozwala nam uniknąć niepotrzebnego rozczarowania. Sam też takowe mogę sobą nieść. A kolejnej emocjonalnej dramy nie potrzebuję. Mimo, że jesteśmy tak inni, z tak innymi poglądami; mimo, że dzieli nas kilka województw, chcę dać sobie (a może nam?) szansę. Ponowne nabranie zaufania do ludzkości wymaga jednak czasu. A tego chyba mi nie brakuje...
W poniedziałek nareszcie kończę L4. Ze zdrowiem jest odrobinę lepiej. Odpocząłem bardziej, niż mogłem przypuszczać. Całkiem możliwe, że wybiorę się na samozwańczy turnus rehabilitacyjny, by zażyć trochę zieleni. Zobaczymy, jakie pomysły mózg przyniesie.

I moi drodzy, kończąc optymistycznym akcentem - mamy wakacje, mamy lato... wykorzystajcie ten czas z rodziną, najlepiej jak potraficie. Podróże kształcą. Skorzystajcie z urlopu, zapomnijcie o pracy, o obowiązkach domowych; wsiądźcie do pociągu byle jakiego... i choć przez chwilę poczujcie się wolni! Tego Wam i w sumie sobie życzę! ;-)


Wrzucam kawałek, który wpadł mi w ucho kilka dni temu. Zakochałem się w nim i w zespole Haevn (holenderski zespół tworzący muzykę w stylu indie, ambient, soundtrack). 
Tym razem nie dokonam jego interpretacji. 

Trzymajcie się ciepło!

sobota, 15 czerwca 2019

Eh... te powroty

Cześć i czołem.

Nigdy nie sądziłem, że będę odgrzewać te stare kotlety. Nie przypuszczałem nawet, że mogę tutaj wrócić. Tyle się zmieniło od mojego ostatniego wpisu... naprawdę sporej wielkości kamień milowy mojego życia. Blisko cztery lata! Czy były udane? Ciężko określić. Z pewnością niosły ze sobą masę nowych doświadczeń, zmian zawodowych, trochę podróży, odwagi, samodzielności... i oczywiście życie niosło rykoszetem masę przyziemnych problemów...

Jak to w życiu, nauczyłem się dorosłości. Dojrzałem emocjonalnie i światopoglądowo. Odkryłem swoje cele, pragnienia. Wiem, do czego dążę. Mój świat się zmienia dynamicznie, z dnia na dzień. Już nie muszę udawać, że jestem kimś innym, w końcu jestem sobą. Dorosłym, dojrzałym, samotnym ale nieszczęśliwym człowiekiem z marzeniami... 

Nie chcę szczegółowo rozpisywać historii tych czterech lat. W każdym razie kilka dni po napisaniu ostatniego posta na ponad trzy lata związałem się z kimś, potem przez kilka miesięcy błądziliśmy wspólnie po Krakowie, Bielsku, Oświęcimiu... byliśmy szczęśliwi. Znalazłem sobie pracę, założyłem własną działalność. Podjąłem kilka odważnych i ryzykownych decyzji. Szczęśliwie - opłaciło się. Wspólnie zwiedzaliśmy różne miejsca, wcześniej nieznane i nieodkryte przeze mnie. Popełniłem też kilka dużych zawodowych błędów, których niesmak ciągnie się za mną do dziś. Jednak zawsze przez ten czas miałem do kogo otworzyć buzię, poskarżyć się, przytulić. Jeśli macie taką osobę, z którą możecie porozmawiać o każdej porze dnia i nocy - podziękujcie jej za to. I doceńcie, że jest obok was. To jest w życiu naprawdę ważne.

W zeszłym roku pierwszy raz byłem na porządnych, zasłużonych i długo wyczekiwanych wakacjach. Spędziliśmy dwa tygodnie na Teneryfie, zwiedzając, śmiejąc się i beztrosko spędzając czas. To wszystko jednak jebło, skończyło się. Mieliście kiedyś takie wrażenie, że jesteście z kimś, ale zupełnie nic już Was nie łączy? Ta relacja taka była. Ciągły ogień, zarzuty, kłótnie. Powiedziałem dość. Skończyło się szybko i bezboleśnie. I bez "zostańmy przyjaciółmi". Powiem Wam, że ja bym tak nie potrafił. Odciąć się w 100% od kogoś, z kim spędziłem prawie cztery lata swojego życia. Ale cóż, ja to nie on :-).

A dziś? Siedzę, nie potrafiąc zebrać myśli i spraw do kupy. Pojawiły się różne problemy zdrowotne - oczywiście w najmniej oczekiwanym i pożądanym momencie. Jestem między młotem a kowadłem. Pustka, powietrze - ale zawieszone, czekające na jakikolwiek ruch jednego bądź drugiego. Musiałem przeprogramować swoje najbliższe cele. Zmienić priorytety. I chyba z tym mam problem - mam problem, żeby określić swoje potrzeby i priorytety na dziś, jutro, ten miesiąc czy rok... jak to mówią, od dna się można tylko odbić. I ja taką mam nadzieję. Że to już jest to dno i że może być tylko lepiej.

Postanowiłem tutaj powrócić, bo pierwszy raz od dłuższego czasu czuję się naprawdę samotnie. Zakończenie związku nie wpłynęło na mnie emocjonalnie praktycznie wcale. On wygasał od dłuższego czasu. Dlatego udało mi się zebrać w sobie i dość szybko poznałem kogoś, z kim rozpoczęło się coś nowego. Jak widać, nie na długo... bo chyba jest to jednak toksyczna relacja, nad którą mam więcej obiekcji, niż emocjonalnej pożywki dla mojego serca. 

Wiecie, jak to jest, kiedy nie ma do kogo mordy otworzyć? Chcesz się napić piwa z przyjaciółmi. Przeglądasz listę znajomych na fejsie, kontakty w telefonie i okazuje się, że tak naprawdę nie masz do kogo napisać. Praca, ciągła praca od rana do nocy powoduje, że tracisz swoje człowieczeństwo. Pomimo ciągłych kontaktów z ludźmi czujesz się sam. Poznajesz ludzi, jednak okazują się obcy, nie dla ciebie. Nie zaspakajają twoich potrzeb emocjonalnych. Krążysz pomiędzy nimi, szukając odpowiedzi na nurtujące cię problemy. Ale oni nie są w stanie ci ich udzielić. Mają cię rzetelnie i głęboko w dupie. To ty zawsze masz być dla nich wsparciem, nie na odwrót. Starasz się zrozumieć, dlaczego ludzie tacy są. Ale to nie wychodzi. Czasem popełniasz głupi błąd, który stawia całą relację pod znakiem zapytania. I nie liczy się, że ta druga osoba bywa jeszcze gorsza. Przecież zawsze to twoja wina... zaczynasz czuć się piątym kołem u wozu... 

Wiecie, najlepsze jest to, że te przemyślenia wynikają z głupiej choroby, gdzie nikt tak naprawdę się nią nie interesuje. Siedzisz w domu ósmy dzień z rzędu i trafia cię szlag, bo poza telewizorem, laptopem czy książką nie masz żadnego innego kompana. Nie możesz się poskarżyć, że boli; nie możesz liczyć nawet na to, że ktoś skoczy ci do sklepu by kupić głupią butelkę wody. Czujesz się sam, jak śmierdzące gówno w tym pojebanym świecie.

Myślisz sobie, że to nie tak, że to świat jest zły, nie ty. Ale to nie działa. Inni są szczęśliwi, dlaczego więc to ja muszę cierpieć?

Tak już kończąc, chyba moim celem na najbliższy czas to jest normalny świat. Zwykła, pospolita normalność. Mam już dość problemów i szukam zwykłej, człowieczej normalności i chociaż chwilowej stabilizacji zawodowej, emocjonalnej i finansowej.

Nie spodziewałem się, że ten wpis będzie tak głęboki i odkryty - wprost z serca. Cóż, musicie wybaczyć za zbytnią wylewność. Nie szukam zrozumienia, nie szukam porad życiowych. Po prostu muszę się wygadać. A to miejsce mi to umożliwia... ;-).

Na koniec chciałbym Was zostawić z dwoma świeżo przeze mnie odkrytymi kawałkami. Oba oddają dość rzetelnie mój stan emocjonalny...


Now the day bleeds
Into nightfall
And you're not here
To get me through it all
I let my guard down
And then you pulled the rug
I was getting kinda used to being someone you loved
 Teraz dzień krwawi
Aż do zapadnięcia zmroku
A ciebie tu nie ma
Żeby pomóc mi przez to przejść
Uśpiłem swoją czujność
A wtedy ty nagle pozbawiłaś mnie gruntu pod nogami 
Byłem przyzwyczajony do bycia kimś, kogo kochałaś


Trzymajcie się! :-)